Nie załamuj się, czyli o życiowych kryzysach

Nikt nam nie obiecywał, że w życiu będzie lekko więc przychodzą trudne chwile – kłopoty, trudności, nieszczęścia a z nimi często panika, rozpacz, bezradność, zagubienie. Bywa nawet, że kompletne załamanie. Ale też łatwo zauważyć, że bardzo różnimy się reakcją na te sytuacje – po jednych „spływa jak po gęsi”, choć wydawałoby się, że naprawdę mają powód do narzekania, a inni z kolei dotknięci czymś „na oko” błahym – przeżywają to jak życiową katastrofę. Nie w sytuacjach i zdarzeniach, które nas spotykają jak widać więc jest siła rażenia, bo gdyby tak było - poraziłoby nas wszystkich jednakowo: i śmierć, i choroba, i brak pracy, i kłopoty finansowe czy rozpad związku. Widać, że jakaś tajemnica tkwi raczej w nas – w odporności i umiejętności znoszenia tego, co los przynosi. Skąd się w nas bierze ta siła? Najprostsza odpowiedź brzmiałaby: ze zdolności pogodzenia z nimi. Największym naszym wrogiem, gdy coś życie przynosi jest nasz przed tym opór, niezgoda i walka. Nie jest to jednak walka o szybsze, mądrzejsze zareagowanie na wymagania nowej, niespodziewanej często sytuacji. Jest to walka o jak najskuteczniejsze zaprzeczenie temu, co się zdarzyło, temu że wymaga to od nas zmiany w dotychczasowym życiu: porzucenia czegoś, skupienia na czymś innym niż dotąd, sięgnięcia po pomoc czy dodatkowe umiejętności. Definicja kryzysu mówi, że jest to sytuacja spowodowana wydarzeniem zmuszającym nas do radykalnej zmiany myślenia i postępowania. Są tu trzy rzeczy, których nienawidzimy: przymus, zmiana, radykalność – nieodwracalność, trwałość zmiany. Tacy jesteśmy, że raczej dążymy do zachowania i utrzymania tego, co jest – naszych poglądów, nawyków, obrazu siebie i świata niż do ich zmiany, zwłaszcza wymuszonej. Tyle, że nasz rozwój wymaga zmian. Akceptujemy owszem zmiany, ale tylko na własne życzenie, w wybranym momencie, tylko takie, jakie uważamy za atrakcyjne. Więc, gdy coś nas do nich zmusza - bronimy się: w chorobie udajemy, że nic nam nie jest, choć naprawdę powinniśmy położyć się do łóżka, gdy umrze ktoś bliski próbujemy podtrzymywać jego obecność przedmiotami, rytuałami, choć powinniśmy godzić się z pustką po jego stracie, w uzależnieniach trzymamy się złudzeń o bezpiecznym i ciągle przyjemnym korzystaniu z używki mimo widocznych problemów z tego wynikających i palącej konieczności natychmiastowego zaprzestania. Dlaczego tak? - bo się boimy zmian – nowe, nieznane, więc może gorsze. Lepsze stare, choćby destrukcyjne, ale oswojone. Także powstrzymujemy się od nich, bo wymagają wysiłku, wzięcia odpowiedzialności. Bo wymagają ograniczeń i rezygnacji z czegoś, a rezygnację najczęściej kojarzymy z niekorzystną utratą. W końcu także, bo wymagają sięgnięcia po nowe zasoby i wsparcie z powodu przeżywanego bólu, lęku, niepewności. Kryzys także to taki czas między dotychczasowym, utartym stanem – naszym sposobem myślenia i funkcjonowania a nowymi jeszcze nieukształtowanymi nawykami. To czas dosyć nieprzyjemny, bo charakteryzujący się chwilowym zagubieniem – musimy coś ułożyć na nowo a jeszcze nie wiemy jak, lękiem, – bo jeszcze nie wiemy, co przyszłość przyniesie, bezradnością, – bo jeszcze nie wiemy jak postępować. Taki stan chaosu i dezorganizacji źle znosimy, więc wolelibyśmy go uniknąć. Uważamy go wyłącznie za zagrożenie starego porządku, nie widząc, że jest często zapowiedzią nowych szans. „Cofnąć czas” – najczęstsza myśl w kryzysie. I jak się okazuje nie tylko myśl – naprawdę, mimo, iż życie pokazuje,  że czas na zmiany, że są nieuniknione, to jednak staramy się go cofnąć – no choćby zatrzymać, próbując żyć po staremu. Tracimy siły, kryzys się przedłuża, nasz stan się pogarsza, tracimy nadzieję. Nie odróżniamy jednak najczęściej, ze jest to tylko utrata nadziei na powrót starego „dobrego”, a nie na brak możliwości dobrego życia, ale po nowemu. Kłopoty w kryzysie skończą się, więc z chwilą zaakceptowania kryzysu i zmian, jakie zapowiada, a także podjęcia wyzwania – działań niezbędnych w nowej sytuacji, choćby chwilowo nowych i nieznanych.. Życie jest zmiennością, pełno w nim nieprzewidzianych zdarzeń, na które po latach często mówimy „nie ma tego złego”. A więc spójrzmy na to, co los przynosi jak na prezent, szansę, wyzwanie wierząc, jak kto chce w dobrego opiekuńczego Boga, przyjazny los czy też inne siły, które nie maja naprawdę żadnego powodu by nam szkodzić. Kryzys to tylko taka lekcja – trwać będzie dotąd póki jej nie przerobimy. Nie ma się więc co załamywać – po prostu siadajmy do lekcji!