Nieporadność
Autor: Leszek A. Kapler
- wydająca się czasem wręcz wrodzona. Gdy widzimy różnych nieudaczników, ofiary losu, życiowych bankrutów jesteśmy skłonni ich brak zaradności przypisać losowi, genom, czy jeszcze jakiemuś innemu czynnikowi programującemu jakość ludzkiego życia – na przykład pechowi czy złośliwości losu. Oni sami zresztą też. A zgodnie z występującym w życiu mechanizmem samospełniającej się przepowiedni, tak też się stanie: wiara w klęskę uprawdopodobni i niejako ściągnie niepowodzenia. I koło nieszczęścia się zamknie potwierdzając mit zaprogramowanego życiowego nieudacznictwa. Napotykamy tu na pierwszy z błędów w kierowaniu swoją zaradnością – niewłaściwy obraz jej przyczyn. Jak pokazują odkrywcy szeregu prawidłowości rządzących związkiem naszego myślenia z powodzeniem – im bardziej obraz niepowodzeń widzimy jako tymczasowy, odnoszący się do konkretnej sytuacji i jakiegoś związanego z nią czynnika oraz do działania autora porażki – tym lepiej – tym większe szanse na poprawę w przyszłości. W przeciwieństwie do sytuacji, kiedy klęskę spostrzegamy jako ustawiczną, powszechną – odnoszącą się do wszystkich sytuacji w naszym życiu (a jeszcze lepiej – w życiu wszystkich ludzi: po prostu „taki los człowieka”) i w dodatku jako związaną z działaniem sił zewnętrznych, niedostępnych osobie, która odniosła niepowodzenie – wtedy pozostaje właściwie już tylko bezradnie ręce opuścić, a może wręcz opuścić cały ten padół. Drugim błędem zwiększającym ryzyko klęski jest unikanie lub brak umiejętności oceny jakości życia, a są sygnały wyraźnie o nadejściu kryzysu informujące, które powinny skłonić do rewizji dotychczasowej strategii postępowania: „coś idzie nie tak – to znaczy kolego – coś w swoim działaniu źle obmyśliłeś”. Te wskaźniki, których wiele osób uczy się nie dostrzegać lub minimalizować to: stres (negatywny), problemy, nieksuteczność – dodajmy – powtarzające się, przedłużające w czasie. Obserwacje ludzi pod tym względem pokazały, iż wiele osób świadomie, z rozmysłem uczy się ignorować sygnały informujące o stanie jakości życia i obrzydzenia nabiera do prostej – po podjętym działaniu koniecznej - oceny jego rezultatów, zastępując ją pobożnymi życzeniami i bujnymi wyobrażeniami. Ważne narzędzie ostrzegawcze, jakim jest skoncentrowana na ocenie rezultatów uwaga zostawiamy samej sobie, a ta z kolei pozbawiona kierowania skupia się na zjawiskach często nieistotnych - za to rzucających się w oczy lub wzbudzających silne emocje. A rezultaty naszego działania – dobre lub złe - często ani nie są wielkie ani szczególnie emocjonujące. Uczymy się zauważać tylko te wielkie - w domyśle – sukcesy, nie wiedząc, iż jednocześnie programujemy się na zauważanie także dopiero wielkich niepowodzeń, kiedy całe obszary naszego życia są doszczętnie zrujnowane, jak bywa na przykład z naszym zdrowiem. Kolejnym błędem jest koncentrowanie się na doraźnych rezultatach jako wyznacznikach naszych działań – natychmiastowych przyjemnościach i szybkich nagrodach – zapominając, że w większości poważnych dziedzin naszego życia efekty pojawiają się po długim czasie – tak dobre, jak i tragiczne. Tak samo długo trzeba psuć lub naprawiać nasze zdrowie, jak i zdobywać majątek czy tworzyć więzi z ludźmi. Jak dzieci, dla których odległa przyszłość nie istnieje, bo nie umieją jej sobie wyobrazić. Zaś w psuciu tego, co jeszcze mamy dobrego następnym błędem jest dość powszechny nierealistyczny optymizm, iż staniemy się wyjątkiem, którego - w odróżnieniu od innych – ominą skutki naszych działań: palenie papierosów u nas nie spowoduje raka płuc, brak szacunku okazywany żonie nie doprowadzi do rozwodu, a rozrzutność – do długów. Ten błąd w największym stopniu zawdzięczamy niczym nie popartemu przecenianiu własnych zdolności ochrony przed negatywnymi zdarzeniami. Kilka jeszcze innych popularnych błędów to: lenistwo oczekujące zmian bez wysiłku, niechęć do podejmowania odpowiedzialności za własne życie (bo za ciężko, bo nie udźwignę, bo coś się przecież od życia należy) i przy każdej porażce raczej poszukiwanie winnych (oczywiście poza sobą!) zamiast przyczyn. Dalej - w sytuacjach trudnych – poszukiwanie usprawiedliwienia – zamiast rozwiązania, podejmowanie decyzji pod wpływem emocji a nie racji (argumentów, faktów). Dodajmy do tego na okrasę – przyzwyczajanie się do łatwego ryzykowania ważnych wartości – zamiast ich chronienia oraz kierowanie się cudzymi oczekiwaniami i opiniami bardziej niż własnymi potrzebami i pragnieniami, a zbierając to wszystko – recepta na ciąg niepowodzeń gotowa! I dodam ważną przestrogę popartą badaniami ludzkiej motywacji – ludzie informowani o tym wszystkim, co powyżej na ogół nie chcą (nie lubią, boja się) przyjmować te informacje do wiadomości. Jak powiedział ktoś mądry o naszym wpływie na własne życie – zasady nim rządzące często są proste, niemalże trywialne, ale wcale do zastosowania niełatwe. Pewnie dlatego zestawienie tych ich dwóch cech wpływa nieco zniechęcająco do ich przyjęcia – zasady prowadząc do sukcesu w życiu powinny być przecież jak ów życiowy sukces - rewolucyjnym epokowym odkryciem. A są takie banalne.... Mam nadzieję, iż przeczytawszy ten artykuł nie dacie już zwieść się temu złośliwemu chochlikowi wyprowadzającemu czekających na wielkie odkrycia prawd życiowych na manowce zmarnowanego czasu i wielkich przegranych, doceniając PROSTE ZASADY WASZEGO DOBREGO ŻYCIA!